Search
  • Marta

jeden za wszystkich

czyli o tym dzięki czemu mogły zrodzić się moje przyjaźnie




Wychowałam się na osiedlu, na którym wszyscy się znali. Czas spędzaliśmy zawsze w grupie dzieci z sąsiedztwa. Chodziliśmy do tej samej szkoły (większość do jednej klasy), mieszkaliśmy na jednej ulicy, znaliśmy swoich rodziców, ich wady i zalety (czasem aż za dobrze). Wiedzieliśmy gdzie chowane są klucze do domów, co mamy na obiad, wiedzieliśmy gdzie kto ma pokój, jak nazywają się kuzyni, babcie, wujkowie. Znaliśmy się dobrze, powiedziałabym, że bardzo. Nasze cechy charakterów nie były nam obce i doskonale wiedzieliśmy, że wspólna zabawa na ulicy w dwa ognie może skończyć się podbitym okiem, raną na nodze lub krzykami sąsiada, że jesteśmy za głośno. Ewentualnie spięciem latarni ulicznej i odcięciem domów od prądu na kilka godzin. Zawsze braliśmy to ryzyko na klatę i w najlepsze bawiliśmy się do późnych godzin wieczornych.


Jak ja lubiłam to nasze, nie idealne towarzystwo.


Pamiętam, że bardzo mnie denerwowało jak któryś z nauczycieli stawiał jedynki komukolwiek z naszej paczki.

Złościłam się jak któryś z nich się na kogoś z NAS „uwziął” – tak, byli i tacy.

Ostatnio opowiadałam mamie jak to miałam panią nauczycielkę w podstawówce, która stawiała piątki za to, że ktoś jej kupił pączka na przerwie – mama była w szoku bo nigdy o tym nie słyszała a z racji pracy w oświacie zna te panią. Serio tak było – ale nie o nauczycielach.


Po takim jednym ciężkim dniu w szkole wracaliśmy wszyscy razem do domu i żarliwie dyskutowaliśmy o tym jaka kogoś spotkała niesprawiedliwość. Nigdy my nie byliśmy winni, my byliśmy tylko dziećmi a oni dorośli z miasta, mogliby się bardziej postarać i nie stawiać tych głupich jedynek tylko dlatego, że ktoś zapomniał cyrkla.


Była też taka sytuacja, że jedna z naszych znajomych (nie z paczki) była dość chora i jak zebraliśmy się w kilka koleżanek aby ją odwiedzić, to każda z nas oddała jej po jednej swojej ulubionej zabawce aby jej nie było smutno. Takie byliśmy złote dzieci.


Dla nas to była jakby świętość osiedlowa, jeśli ktoś zrobił krzywdę komuś z nas, to nie zostało to łatwo wybaczone i tak pewnie zostało po dzień dzisiejszy.


Czas dorastania upływał nam na poznawaniu świata i nas samych. Wiedzieliśmy o tym kto się komu podoba na podwórku, komu napiszemy walentynkę i dlaczego mamy złamane serce. Wiedziałam ( i do dziś wiem) kiedy kto ma urodziny – i tak drodzy, jeśli to czytacie to wiedzcie, że te daty są ze mną do dziś i zawsze, życzę Wam dobrze. Znałam i nadal znam wiele numerów telefonów stacjonarnych oraz adresy pod którymi mieszkaliśmy.

Tak więc rok „urodzinowo– osiedlowy” zaczynał się 15 stycznia, następnie 29 styczeń i marzec – bo to moje urodziny. Dalej był 20 i 25 kwiecień, 10 lipiec, 2 sierpień, 29 październik i 5 grudzień.

Czy były tylko lukrowo – różowe słodkie chwile? Oczywiście, że nie. Kłóciliśmy się na potęgę, rzucaliśmy piaskiem. Oszukiwaliśmy grając w gry zespołowe, złościliśmy się na siebie, ale – (przynajmniej ja tak miałam) czułam, że jesteśmy jedną wielką paczką.

Było także dużo głupich i niemądrych rzeczy, ale czego można spodziewać się po 10-12 latkach.

W dzieciństwie nie myślało się o tym, czy te relacje przetrwają czy nie. Najważniejsze było to czy wyjdziemy i zagramy w klasy, gumę, palanta czy wspomniane już dwa ognie. Liczyło się tylko tu i teraz i chwile na dworze chciało wykorzystać się do maksimum. Mieliśmy także dużo obowiązków domowych, wrzucanie węgla, grabienie przed podwórkiem, sprzątanie, zakupy, drylowanie wiśni. Z radością wzajemnie sobie pomagaliśmy.

Razem także przesiadywaliśmy przed szkołą i jedliśmy morwy na potęgę, mieliśmy fioletowe buzie i szczęśliwe serca.


Zjedzone jabłka (razem ze środkiem), gruszki, śliwki, truskawki, jeżyny pewnie można liczyć w kilogramach ( oczywiście nie myte). Dawaliśmy sobie karniaki na rowerach i wspólnie kleiliśmy chrupki flipsy łącząc je w jakieś długie łańcuchy, po to tylko aby później je wspólnie zjeść (jak dziś o tym myślę to w to nie wierzę).

Gra „słony śledź” na trzepaku robiła furorę a zwrot „dziewczyna zza plota” do dziś funkcjonuje w naszym słowniku. Prosiliśmy też czasem moją starszą siostrę o stopienie dla nas cukru i zrobienie karmelu – a później wychodziło się z takim przypalonym garnkiem i częstowało swoich kompanów zabaw.


Jestem przekonana, że te znajomości ukształtowały nas. Nauczyły współodczuwania, bycia dla siebie, otwartości na innych.


Ale do rzeczy.


Zawsze chciałam mieć przyjaciółkę/ki takie jak w opowieściach Musierowicz. Patrzyłam kiedyś na koleżankę mojej siostry i marzyłam, że pewnego dnia też będą miała swój pokój i ją, która będzie odwiedzała mnie na herbatę. Wiedziałam, że będziemy przywozić sobie muszelki i bursztyny znad morza i wysyłać kartki.

Moje marzenie się spełniło - mam dwie super koleżanki obok (mam też kilka innych z czasów studenckich ale o nich będzie kiedy indziej).

Poznałam je w dość nietypowy sposób.

Pierwszą z racji, że mieszkała daleko (jak na dziecięce dystanse) nie znałam za dobrze od początku. Jednakże bardzo dobrze pamiętam chwilę, kiedy pierwszy raz ją ujrzałam w zerówce. Pamiętam co powiedziałam mojej mamie i jakie było moje zdziwienie kiedy dowiedziałam się, że mówimy w tym samym języku. Później połączyła naszą trójkę muzyka – chyba mogę tak to ująć. Czasem jej przypominam moją reakcję i wspólnie się z tego śmiejemy.

Drugą zobaczyłam kilka lat później. W klasie 6 szkole podstawowej a raczej podczas wakacji między 5 a 6 klasą. Naszą grupką, dowiedzieliśmy się, że na osiedle wprowadziła się nowa rodzina z dwoma córkami. Pewnego sierpniowego popołudnia nad jeziorem (tak, chodziliśmy tam bez rodziców) zauważyliśmy kilka dziewczyn na „dzikiej” plaży, w środku której była ona -nasza „nowa”. Oczywiście chcieliśmy na wszelkie możliwe sposoby zwrócić jej uwagę na nas i zaczęliśmy się trochę głośniej zachowywać. Ja przodowałam. Do dziś pamiętam co mówiłam, ona także – zapytajcie się jej jeśli nie wierzycie. I tak, była przerażona i jej koleżanki życzyły jej nie poznania nas bliżej. A swoją drogą do dziś nie lubię komarów – ciekawe czy ktokolwiek oprócz niej pamięta co wtedy mówiłam?

Ostrzegali, ostrzegali a życie napisało swój własny scenariusz.

Do dziś się przyjaźnimy we trzy, znamy się dobrze, znamy się z różnych stron. Matko ile my o sobie wiemy i ile razem przeżyłyśmy. Ile łez wylanych wspólnie, ile nerwów... ale ile radości, ile wsparcia.

Do matury też przygotowywałyśmy się wspólnie. Na ścianie w pokoju miałam poprzyklejane daty i mapę Polski, odpytywałyśmy się i analizowałyśmy fakty historyczne. I choć matury nie zdałyśmy celująco, to tamte spotkania na szczycie pozostaną ze mną na zawsze.



Przy nich można popłakać się bo masz gorszy dzień i spadł Ci właśnie widelec na podłodze. One pod Twoja nieobecność zrobią coś tak niesamowicie wielkiego, że do końca życia będziesz im za to wdzięczna.

Przyjaźń nasza jest wystawiana na próbę czasu, kilometrów. Ciągle pojawiają się niezrozumienia, pamięć czasem zawodzi, jednak nie to jest w tym ważne. Na samym wierzchołku znajduje się poczucie, że są i można zadzwonić do nich w środku nocy (chociaż żadna z nas tego nie praktykuje).

Dziewczyny, nie wiem czy nie za bardzo ponosi mnie fantazja ale to co mamy jest tak wyjątkowe, że nie sposób o tym nie mówić.


Myślę także, że mam je obok, gdyż miałam wcześniej grupę innych blisko. Tak wiecie, wtedy właśnie otwierało się serce na przyjaźnie, na bycie a nie osądzanie. Na wspólne przeżywanie, wspieranie a nawet czasem kopanie i upadanie.


Kochane dziękuję, że jesteście.

© 2023 by Closet Confidential. Proudly created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now